- Ty, hermes, ekipa dzwoni spytać, czy chcemy coś ze stacji, bo właśnie są…
- Nie, mamy co trzeba.
- Dobra, nie chcemy… No chyba, że mają hostię…?
Mieszkanie na Antczaka jest specyficzne. Duch naukowości unosi się tu jak w prawie każdym studenckim mieszkaniu, jednakże nie w każdym mieszkaniu studenckim permanentnie zmieszany jest z zapachem prowadzonej w szafie bioetnologii. Nie w każdym też średni stan spożycia alkoholu przekracza granice naukowego progu śmierci.
Niedziela rano, wstaję zaspany po całonocnej pracy. Pierwsze swoje kroki kieruję do kibla. Szczam na czerwono. Stoję jak ta latarnia na wybrzeżu i wpatruję się w swoją własną krew w
moczu, nie przefiltrowaną przez nerki. Wcale nie fajne uczucie.
- Ooo, kurwaaa, chyba to dlatego, że po piątku się wczoraj nie wyszczałem.
Piątek. Po wyjściu z pracy udaliśmy się na after. Jak zwykle Moskwa, wszak gdzie indziej nie ma tak tanich procentów dla ludzi z branży. No więc piłem. Nie pamiętam, ale piłem. W niedzielę przypomniała mi o tym hemoglobina w moczu. Dosadnie.
Sobota. Soboty nie pamiętam, bo wstałem o 19:47 i miałem jeszcze z piątku 2,73 promila w wydychanym. O 20:33 zjawiłem się podobno w pracy. Podobno, bo jedyne co pamiętam, to 34 minuty pod prysznicem w jednej pozycji.
Ach, pracuję za barem, tak na marginesie. Za barem peeeełnym rozmaitych alkoholi, na które musiałem patrzeć aż do samej 6 rano.
Ora et labora. A potem krwisty mocz.
Zazdrosnym okiem spoglądam na pewien profil na naszej-klasie. Jak się okazało jestem przykładem na to, że nic w przyrodzie nie ginie. Czysto męsko-zwierzęce uczucia w szczególności. No i w kropce jestem.
Wszystko gwałtownie przyspieszyło. W ciągu tygodnia, oprócz tego, że odwiedziłem kolejno Szczecin, Berlin i Warszawę, przyspieszyła decyzja o wcześniej rzeczonej wyprowadzce. Od przyszłego tygodnia, a właściwie już od tego, który właśnie idzie wychodzę spod skrzydeł rodzicieli. Z pieśnią na ustach. Prawie jak powstaniec. Matka z Ojcem oczywiście obrażeni. W naszym M3 panuje tak gęsta atmosfera, że można by tu kręcić "Mgłę". Co szczerze mówiąc mnie pierdoli.
Na osłodę klimatu słucham właśnie całego koncertu Davida Gilmoura z The Royal Albert Hall. Cudo w chuj, mówiąc kolokwialnie. Macie próbkę.
Ty chyba jesteś niepoważny! Ale jak to? Wybij to sobie z głowy! Jak tak można!
Głosy dzisiejszego wieczoru zagłuszyły nawet głośno krzyczącego z telewizora spikera, rozemocjowanego meczem na szczycie pomiędzy USA a Kanadą w hokeju na lodzie. Podobieństw było nawet więcej. Padały szybkie strzały, podania, akcje oskrzydlające. Nie brakowało świetnej gry obronnej, mistrzowskich parad bramkarskich czy uników przed grą ciałem. Gole też były. Wszystkie moje.
Nie masz pojęcia ile to zachodu! To jest absurdalny pomysł! Z ekonomicznego punktu widzenia...!
-Mamo, Tato, w październiku się wyprowadzam.
-....
-Mówię Wam teraz, żebyście mieli czas na oswojenie się z tą myślą. Decyzja już zapadła, zdania zmienić nie zamierzam.
Pomimo wszystko, uważam, że przyjęli to nadspodziewanie spokojnie i odważnie.
Wczoraj po skończeniu filmu w mojej oldskulowej Smienie otworzyłem klapkę bez uprzedniego przewijania filmu. Trzy lata doświadczenia, a zachowałem się jak pieprzony amator.
I nic, nic, nawet to, że byłem najebany mnie nie tłumaczy.
Kurwa. Wstyd.
Przygrywa mi Trójka, za oknem słoneczny poranek. Siedzę przed kompem i przeglądam profil jednej mega konkretnej panny. Panna ma zdjęcia chyba z każdego zakątka świata ze sobą w roli gównej, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie widoki grają tu rolę najbardziej atrakcyjnego fragmentu kadru.
What if I say I'm not like the others?
What if I say I'm not just another one of your plays
You're the pretender
What if I say I will never surrender?
Panna ubrana jest w tak zajebiście gustownym stylu, że zaczynam wierzyć, iż kobiety odrobinę młodsze ode mnie naprawdę potrafią się ubrać z klasą. Tu zaznaczyć należy szybko, że nie jest tak, że fajnie=z klasą. No bo nie jest. Ale za to z klasą=fajnie. Zawsze.
Przerzucam kolejny album. Wracam jeszcze raz rzucić okiem na wiek. Faaajnie.
W tym samym momencie po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że hajs kształtuje stosunki damsko-męskie.
Świt zmienia się z nocą,
Gdańsk główny wbiegam tu gdy głośniki bełkoczą,
że na peronie już stoi mój pociąg (kurwa).
Przy czym jedną rzecz od razu ustalmy,
ja spóźniony jak zwykle on zaś wyjątkowo punktualny.
Jest pochmurno. Wiatr dmie i gwiżdże na tyle silnie, że
zastanawiam się, jakim cudem obowiązki odciągnęły mnie sprzed ekranu
rozświetlonego monitora i popchnęły w podróż na wydział. W drodze na przystanek
oddalony mniej więcej 100m w linii prostej od miejsca mojego zamieszkania siedemnastokrotnie zdążyłem zadać sobie pytanie, dlaczego ludzie są na tyle szurnięci,
że wychodzą w taką pogodę na ulicę. Rozumiem chęć bycia bohaterem, ale dzisiaj
nim zostać, to – dajmy na to te warunki – trzeba by zejść zmiażdżonym przez drzewo.
Ścięte na dodatek ówcześnie, żeby nutka ironii losu też grała jakieś skrzypce.
Po chwili docieram do wiaty autobusowej i tutaj zaskoczenie –
na ogół pusta, dziś oblężona jak Stalingrad. Nie zajmuje mi długo ustalenie
inspiracji wszystkich tych obywateli gnieżdżących się na 7m2 jak karpie w
wigilijnym hipermarkecie. Enklawa spokoju i oaza ciszy.
Mimo, że nie znoszę takiego spędu przypadkowych jednostek,
to jednak dzisiaj wstępuję w jego szeregi. Kiedy piździ tak, że myśli uszami
wywiewa, to na bok odstawia się wszelkie animozje, uprzedzenia i inne kaprysy.
Ponoć to instynktem przetrwania nazywają, czymś, czego my-ludzie 250tys. lat
temu nauczyliśmy się na sawannie, oprócz zapładniania ze skutkiem śmiertelnym.
No więc stoję w tym tłumie jak kolejny kaszalot w drodze na
ubój i czekam na autobus. Czekam i czekam i czekam, żeby się w końcu doczekać. Kurwa.
Stary Ikarus z
długoletnią historią,
Z oknami, w których brak szyb ktoś zamaskował folią.
Miejsc 69, pasażerów 312,
Doprawdy nie wiem jakim cudem taki tłum wlazł tu.